AktualnościAtrakcje turystyczneHistoria miastaPlan miastaKontakt
szukaj
Miasto i Gmina
Informator Miejski
Przewodnik petenta
Dla turysty
Dla inwestora i przedsiębiorcy
Samorząd terytorialny
Podatki i opłaty
Sport i rekreacja
Kosynier - informator Gminy Trzemeszno
Oświata
Ochrona Przeciwpożarowa
Zarządzanie Kryzysowe/Obrona Cywilna
Przydatne Informacje
Dziennik Ustaw/Monitor Polski
Administrator strony/autorzy
   
Subskrypcja
Zapraszamy do korzystania z naszego biuletynu informacyjnego. Prosimy wpisać swój adres e-mail w pole poniżej.
dopisz
Statystyka
Statystyka odwiedzin:
na stronie: 6
w roku: 140365
w miesiącu: 6360
łącznie odwiedzin:
WALDORFF Jerzy
  

JERZY WALDORFF

 

        29 grudnia 1999 roku zmarł Jerzy Waldorff – człowiek wielkiego umysłu, wielkiej pasji i wielkiego serca. Był wybitnym pisarzem i krytykiem muzycznym, oddanym i niestrudzonym propagatorem kultury polskiej. Człowiekiem, który wszedł do panteonu największych ludzi polskiej kultury XX wieku. Jego związki z Wielkopolską były bardzo żywe. W wielu wywiadach i swoich książkach wspominał okres dzieciństwa i młodości spędzony w Rękawczynie (gm. Orchowo) oraz Poznaniu. Jerzy Waldorff urodził się w Warszawie 4 maja 1910 roku. Jak sam pisał: urodziłem się w Warszawie tak dawno, że jeszcze pod berłem cara, co złotą czachę monomacha zostawił by na kopule cerkwi wzniesionej w samym sercu trudnego miasta, na Placu Saskim, żeby widoczna była dla wszystkich poddanych na wypadek jeśli by znów im się zachciało powstania(…). Rodzina moja składała się z poddanych obu władców. Równo. Po mieszczu to była szlachta zasiedziała od wieków na Kujawach, od Włocławka po Gniezno, Miliccy w Obłudnie, Jaczyńcy w MArcinkowie, Szumlańscy w Kątnie – szczególnie dumni tym, że za praszczura mieli osobistego adiutanta księcia Józefa Poniatowskiego. My jednak najsilniej skoligaceni byliśmy z Waśkiewiczami, co gospodarowali w Łowiczu. (…)Matka należała do wielkiej burżuazji warszawskiej pochodzenia niemieckiego, do dynastii założonej przez bogatą wdowę wżenionego Franciszka Szustra, a że sam był obrotny – nabył pół Mokotowa z pałacykiem po księżnej marszałkowej Lubomirskiej. (…) Gniazdem naszym rodzinnym, ojcowizną, co przez kilka pokoleń dokarmiała mi przodków z miecza, był majątek w Pieranie pod Inowrocławiem; ładny pałacyk w dość rozległym ogrodzie.

            Po śmierci babki Kamili z Waśkiewiczów, dziad Jerzego Waldorffa – Apolinary wydzierżawił Pieranie i sam zamieszkał w Inowrocławiu, wysyłając syna Witolda na politechnikę do Zurychu.

Po powrocie do kraju Witold ożenił się i zamieszkał w majątku Kościelna Wieś pod Włocławkiem. Po śmierci żony majątek zaczął podupadać. W czasie pobytu w Warszawie Witold poznaje Joannę – pannę pochodzącą ze znanej rodziny Szutrów. Jak pisał Jerzy Waldorff o matce: Należała do pierwszych panien polskich, co jeszcze przed początkiem stulecia zaryzykowały drogę śladami Marii Skłodowskiej i wybrała się na studia do Paryża. Witold i jego żona Joanna byli dobrym małżeństwem, a dla nas – dwojga swych dzieci, rodzicami kochającymi i każde na swój sposób, oddanymi. W 1914 roku po sprzedaży Kościelnej Wsi rodzice Jerzego Waldorffa zakupili kilka kamienic w Warszawie oraz niewielki folwark ze ślicznym małym dworem Rękawczyn. Jak pisał Waldorff – tam się wychowałem z pacholęcia przez podrostka w mężczyznę i tak druga nasza rezydencja wiejska została perłą w ośrodku moich wspomnień. A tak wspomina Rękawczyn w książce „Taniec życia ze śmiercią”: Najpierw jako dziesięcioletni chłopiec mieszkałem na stancji u księdza Kowalskiego w Trzemesznie i chodziłem do tamtejszego gimnazjum. Potem była stancja w Poznaniu, dopóki zbuntowana matka nie przeniosła się tam wraz ze mną i moją siostrą żeby osobiście czuwać nad nauką dwojga pociech i za jednym zamachem pozbyć się nudów wiejskich. Odtąd jeździliśmy do Rękawczyna tylko na wszystkie święta i wakacje, i to nie miało już w sobie nic nadzwyczajnego. Niezwykłe były lata kiedy sam wracałem karetą do mojego domu. Szykowałem się na to od tygodni, wykreślałem coraz cierpliwiej dzień po dniu ze ściennego kalendarza, a im bliżej było upragnionej chwili wyjazdu, szczęście stawało się takie ogromne, że aż dławiło w gardle. (…) Siedząc w moim pokoju na plebanii z nosem przyklejonym do szyby, widziałem jak na pojazd wtacza się sześcienna, szara masa, słyszałem parskanie koni i myślałem, że zanim wskoczę do jej wnętrza, pierwej serce wyskoczy z piersi mojej. A tymczasem wszystko należało uładzić skrupulatnie i powoli. Kuczer Powała zapalał świece w latarniach powozu, następnie żegnali się ze mną, siostrą proboszcza i on sam, nie zapominając o surowych radach na święta, po czym nogi baranicą owijał mi szczelnie Powała. Prędzej, prędzej – wołałem, ale on mruczał tylko: Kazali żeby się nie przeziębił. (…)Najbardziej pamiętny był dla mnie hałas z tarcia żelaznych obręczy kół najpierw najpierw bruk miasta, a później kamienie szosy, przenoszony na klekotanie szyb, trzeszczenie pudła, jakieś dudnienia i pohukiwania, przez okna – coraz bardziej senny mimo wzruszenia – widziałem przesuwające się wolno kształty drzew przydrożnych, migały światła w chałupach, a kiedy przejeżdżaliśmy Trzemżal, było wiadomo, że to już pół drogi. Podniecenie jednak wracało wtedy i mijała ospałość, gdy za prawym oknem karety dostrzegałem zamarzniętą powierzchnię stawu w Słowikowie i potem turkot kół zmniejszał się, gdyż pojazd skręcał z szosy na piaszczystą drogę pod górę i stąd było już tylko kilometr z okładem do bramy ogrodowej, za którą wiodła aleja lip ponad stuletnich, i ostatni skręt przed ganek dworu. Tam w pokojach od frontu paliły się już lampy naftowe, drzwi się otwierały, na progu sieni ze świecą w ręku stawała moja matka i podczas, gdy łkając z największego szczęścia rzucałem się jej w drogie ramiona, ona mówiła też głosem nieco drżącym: No nareszcie jesteś Jerzyku, czekamy wszyscy na ciebie!

W Trzemesznie Jerzy Waldorff uczęszczał do dwóch pierwszych klas gimnazjum, później naukę kontynuował w gimnazjum Marii Magdaleny w Poznaniu. Swoja fascynację nekropoliami tłumaczył w ten sposób: Dlaczego, gdziekolwiek się znajdę jeszcze dzisiaj, od samych rogatek nieznanej miejscowości bierze mnie chętka skręcenia najpierw między groby?...Datuje się to chyba od czasu, gdy jako dziesięcioletni uczeń pierwszej klasy gimnazjum w Trzemesznie, miasteczku o bardzo skromnych propozycjach rozrywki, czas wolny od nauki dzieliłem najchętniej pomiędzy grę na organach w katedrze i zabawę w berka pośród grobów miejscowego cmentarza, gdzie zmęczeni bieganiną siadaliśmy z kolegami na kamiennych płytach, odnosząc się poufale do nieboszczyków. Tą drogą jak sądzę, polubiłem ich życzliwie niemą obecność.

            W poznaniu ukończył studia prawnicze, studiował także w Konserwatorium Muzycznym. Pracę publicystyczną rozpoczął w 1935 roku, zaczynał jako dziennikarz warszawskiego „Kuriera Porannego”, w którym przez dwa lata kierował działem kultury. Jego podwładnymi byli min. Tadeusz Boy-Żeleński i Tadeusz Breza. Pisywał również felietony do „Prosto z mostu”. W czasie okupacji był organizatorem tajnego życia muzycznego w Warszawie. Po wojnie był jednym z założycieli „Przekroju”, w którym redagował ostatnią stronę. Publikował także w: „Expresie Wieczornym”, „Świecie”, „Polityce”, „Życiu Warszawy”.

Jerzy Waldorff był autorem kilkunastu książek o muzyce, z których jedna: „Sekrety Polihymni” miała dziewięć wydań. Napisał m.in. opowieść o Karolu Szymanowskim („Gorzka sława”), o dyrygentach („Diabły i anioły”), monografię Jana Kiepury, powieść autobiograficzną („Fidrek”), wspomnienia („Dolina szare rzeki”), zbiory publicystyki muzycznej („Harfy leciały na północ”, „Moje cienie”), opowiadania („Taniec życia ze śmiercią”), najnowsza powieść nosi tytuł „Serce w płomieniach”.

We wczesnych latach 70 Jerzy Waldorff odwiedził Rękawczyn, jednakże po pałacu zostały tylko ruiny, ocalały resztki parku. Czuł ogromny żal i ból, któremu często dawał wyraz w wielu wystąpieniach publicznych.

Jerzy Waldorff był wielkim społecznikiem, patriota i organizatorem wspaniałych akcji. W maju 1974 roku z jego inicjatywy powstał Komitet Opieki nad Starymi Powązkami. Pracy tej oddał się z ogromną pasją i zaangażowaniem. Od 1975 roku w każde Zaduszki kwestował na rzecz odbudowy i renowacji zabytkowych nagrobków, wraz z nim kwestowało wielu ludzi kultury. Dzięki tej inicjatywie udało się odrestaurować ponad tysiąc nagrobków i pomników. Mawiał, że Powązki są ważne, bo leży na nich co najmniej tylu wybitnych Polaków co na Wawelu.

Z równą pasją uczestniczył w akcji tworzenia w „Atmie” – willi Muzeum Szymanowskiego. Dzięki apelom radiowym Jerzego Waldorffa Muzeum Teatru w Warszawie pozyskało ponad dwa i pół tysiąca eksponatów. Jedną z jego ostatnich inicjatyw było umieszczenie pomnika Józefa Piłsudskiego przed Belwederem.

            W Filharmonii Narodowej w Warszawie zawsze starał się być obecny na ważnych koncertach m.in. na inauguracyjnych „Warszawskiej Jesieni”. Był wielkim propagatorem muzyki Chopina – współtwórcą Festiwalu Pianistyki Polskiej.

            W osobie Jerzego Waldorffa kultura polska utraciła kogoś, kogo długo nikt nie zastąpi. Na swoich ukochanych Powązkach spoczął żegnany m.in. przez chór Filharmonii Narodowej,

 

 
«« wstecz

drukujwyślij ten link
  



Mapa
Galeria
Panorama


Pobierz JAVAPobierz JAVA
Warto zobaczyć
Kosynier
Urząd Wojewódzki w Poznaniu
Urząd Marszałkowski Woj. Wielkopolskiego
Starostwo Powiatowe w Gnieźnie

 
 



© Urząd Miasta i Gminy Trzemeszno  | design and hosting